niedziela, 3 kwietnia 2011

Decrepidemic - The Void of Un-Existence


Full-length, Sevared Records
2009
Hmmmm… jest ok, ale mnie chłopaki nie przekonali. Słaby początek, co? Ale niestety tak wypadało zacząć, bo piania z zachwytów nie będzie. Portugalczycy gdzie głowno dowodzącym jest gitarzysta z Holocausto Canibal nagrali przyzwoity kawałek muzy który przy odrobinie włożenia większego wysiłku w struktury, zróżnicowanie ich dałoby lepszy efekt. Decrepidemic balansuje na pograniczu wypadkowej grania w stylu Cannibal Corpse z zapożyczaniem większej ilości łamanej techniki a’la Deeds of Flesh czyli na pierwszy rzut ucha wydaje się być nieźle. Jednak muzycznie największym mankamentem jest tu brzmienie które zalatuje jakimś przeciętnym brzęczeniem w stylu medicore, w szczególności tyczy się do bębniarza który może i równo jedzie swoje, jednak werbel (pomijając jego sztuczne brzmienie) nudzi gdzie pojawia się systematyczność powtarzalności stylu gry: szybkie łup łup a potem małe przejście na dwa tomy i ‘china’ potem na chwile wolniej i dalej od nowa. Może i ubogość jego gry nie byłaby tak zauważalna gdyby nie słabe brzmienie gitar pozbawione mocy, nie wspominając już o basie który zaginął w akcji i plumka sobie w tle. Troszkę przesterowane wokale jakoś mnie też nie powalają, ale słyszało się o wiele gorsze rzeczy na tym poletku. Portugalczycy wg mnie świata nie zwojują, a przynajmniej jeszcze nie teraz, a “The Void of Un-Existence” jest jak najbardziej do posłuchania, jednak daleki od doskonałości ale wystarczająco poprawny.
3,5/6
 
 
 
 
 

Deathspell Omega – Paracletus


Full-length, Norma Evangelium Diaboli/SOM
2010
Pomimo ciągłej ewolucji Deathspell Omega i tak wydają mi się niedoścignieni w awangardzie Black Metalowej zarówno stricte muzycznie jak i mając tu na względzie propagandę ich albumów. Jeżeli choć na chwilę skupić się na tym drugim to już od Ep’ki z 2005 roku “Kénôse” zauważalne jest odejście francuzów od stricte Satanizmu (jako religii a nie wydźwięku anty-chrześcijańskiego) na rzecz bardziej filozoficznych dogmatów metafizyki zawartej właśnie w Sataniźmie, teologii czy zwykłych pozbawionych religijnych wątków rozważań nad aspektami myśli samej w sobie. Cóż obce są mi dzieła Georges’a Bataille który to bazując właśnie na abstrakcji i transcendencji rzeczywistości daje podwaliny a przynajmniej lekko nakreśla ów metafizykę w muzyce DSO więc chyba rozważania nad kierunkiem obranym przez nich póki co odpuszczę. Skupiając się już wyłącznie na tym co francuska ekipa generuje poprzez swoje dźwięki trzeba przyznać, że “Paracletus” w swej wyszukanej awangardzie nie jest albumem przegiętym, bo o to aż nazbyt łatwo. Dźwięki mimo wielu zabiegów, sięgania po rozstrojone troche nawet opuszczone w tempach zabiegi aranżacyjne tworzą właśnie mglistą scenerię, podkład ku wyżej wspomnianej materii transcendentalnej. Zabrzmi to może i dziwnie (chociaż w przypadku DSO już mnie nic nie dziwi), ale muzyka jest wręcz boleśnie techniczna, bijąca na głowę wszystko co zostało do tej pory powiedziane, bo poraża autentycznością, zaangażowaniem, niebanalnością rozwiązań strukturalnych poszczególnych utworów, a dodatkowo jest kompletna. Nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby mi przerwać obcowanie z tym albumem więc trzeba rozsądnie wybierać porę na takie ceremonie, przerwanie lub oderwanie się od “Paracletus” jest niewyobrażalnym błędem, nietaktem. Zgubną jedynie siłą tego nagrania jest, zgubną oczywiście dla słuchającego, że bez chwili zastanowienia wciśniesz ponownie ‘play’ i gwarantuję, że zrobisz to niejednokrotnie, bo geniuszu nie da się w słowach opisać a niemy zachwyt byłby tu najodpowiedniejszy.
666!

Dead for Ten Weeks - Bloodline Detriment


Full-length, Unmatched Brutality Records
2007
Przyznam się, że pierwsze dźwięki debiutanckiego albumu Dead For Ten Weeks rozjaśniły mi michę, miałem nadzieję na coś naprawdę wyjątkowego bo zaczęło się rozstrojone zeschizowane granie. Niestety po kilku chwilach moje płonne nadzieje poszły się wiadomo co, gdy zostałem uziemiony z jakże to przeciętnym Slam’em przeplatanym takimi niby to brutalnymi blastami, potem pojawiły się jeszcze te cholerne core wstawki, że aż by się chciało krzyknąć ‘skaczcie do góry jak kangury’ (cytując polskiego wieszcza) i wkurw sięgnął zenitu. Wiadomym było, że to czego sie spodziewałem a otrzymam to będą dwie różne bajki niestety na niekorzyść zespołu. Nie myślcie tylko, że będę oceniał ich muzyckę pod kątem tego co chciałbym usłyszeć bo byłoby to niedorzeczne, spokojnie. Amerykanie serwują takie z lekka ‘męczenie buły’ bo album jest przeciętny, nie ma w sobie jakiegoś zacięcia, a choroby w tym tyle co w zdrowej nieokaleczonej blond osiemnastce z biustem D. “Bloodline Detriment” ciągnie się niemiłosiernie, przynudza powtarzalnością schematów, słabiutkich riffów i klepiącej perkusji której to obsługujący facet nie widzi nic złego w katowaniu mnie ta przeciętnością. A już kompletną porażką są wokale które są wymuszone albo po prostu facet nie potrafi, bo bączy tam i bredzi pod nosem czy gardłem próbuje cos zwojować ale niestety, słabo psze pana.
Powiem tak: jeśli kolekcjonujecie albumy to czemu nie, kupcie i postawcie na półce obok podobnych ‘perełek’ bo aż takiej biedy nie ma by odsprzedać, jednak nikt mi nie wmówi, że wróci do tego albumu więcej niż może raz lub dwa.
2,5/6
 
 
 

Cutterred Flesh - Cause The Apocalypse


Full-length, Nice to Eat You Records
2010
Drugi album czechów z końca zeszłego roku to niesamowity krok naprzód w koncepcji Brutal Death Metalu do jakiego przyzwyczaili nas na swoim debiucie. Cutterred Flesh podążył za tym co zapoczątkował płytą “Torture is Medicine” rozwijając skrzydła w aranżacjach i korporując do nich elementy Grind, Slam nie pozbawiając siebie tym bardziej techniki która króluje na “Cause The Apocalypse”. Odnoszę jednak wrażenie, że poprzez ambicję w rozwijaniu i poszukiwaniu brutalności czesi stają się bardziej ciężcy w odbiorze, na płycie trzeba się skupić, bez tego niestety płytka przeleci sobie, narobi hałasu i tyle. Dzieje się tu wiele, jednak jest to wszystko objęte szeroko pojętą wirtuozją (może to za duże stwierdzienie) Death Metalu i zgłębienie całości materiału wymaga przykłucia naszej uwagi na poszczególne elementy, bo szczerze jakoś nie odebrałem “Cause the Apocalypse” jako frajdy do machania łbem czy tupania nogą. Czesi postawili na wypadkową Cryptopsy (mam tu na myśli czasy świetności z trzech pierwszych płyt) dodając wiele od siebie, czyniąc ta trudną muzykę zarazem świeżą. Album może i zalatuje chęcią doścignięcia amerykańskich kapel rodem brutalnego technicznego napieprzania, jednak nie widzę w tym nic złego, szczególnie gdy tyle w ich muzyce zachowania własnej twarzy. Poza tym produkcja jakoś nie nawiązuje do ciężkich basowych albumów, tym bardziej odbiega od chaotycznych i pomieszanych kanadyjskich wzorców serwowanych przez Cryptopsy -> Cutterred Flesh znajduje się dokładnie po środku łącząc wszystkie elementy w spójną całość. Szczerze to warto, bo obok Fleshless który troszkę już się już przejadł to konkretny zespół na czeskiej scenie. Możecie oczekiwać po prostu uczty techniki wymieszanej z mniej zaawansowanymi technicznie smaczkami.
5/6 
 
 
 
 

Csejthe – Transcendance


EP, Morbid Winter Records
2010
Na tej Ep’ce kanadyjski Csejthe zawarł swą kwintesencję mizantropii, smutku, a także tego co mówi tytuł albowiem muzyka jest tak transowa, że aż wprawia nasze myśli w swego rodzaju taniec, transcendencja tych myśli nie pozwala określić co jest czym, dokąd i w jakim celu ten taniec zmierza i co najważniejsze pozwala się w nim zatracić, utonąć w nim mimo jego ulotliwości, cholernej tęsknoty zawartej w tym mrocznym romantyźmie. Nie myślcie, że mam tu na myśli jakieś tandetne wampirki czy inne szmacianki mimo, że zespół oscyluje gdzieś w okolicach zainteresowań historią hrabiny Bathory, to mimo tego ich muzyka sama narzuca taką grę której oddaję się bez jakichkolwiek obaw. Mrok ów przejawia się w ów groźnym transie skłaniającym do przemyśleń, refleksji nad bezsensem i przemijalnością istnienia. I tak, wiem że brzmi to jak spowiedź obsranego emo który na widok spadających jesiennych liści z drzew i fakcie że dziewczyna rzuciła go dla dresa z klatki w bloku obok z której niesie się teraz jakże przyjaze dla ucha ‘będę brał cię, w aucie’ sięga po nasenne tabletki próbując się zabić. Jednak elementy depressive Black Metalu, nawiedzone wycia wokalisty, ciężka atmosfera mimo obecności sopranowych kobiecych wokali sprowadza sie właśnie ku takim dołom za co chwała, bo po prostu osiągnęli co zamierzali. Dodam tylko, że chłopaki postawili też na dobre, współgrające z całością brzmienie omijając pukające pół-produkcje często spotykane w sucidal czy depressive BM. Radzę do nich pisać, lub do wytwórni i zdobyć ów Ep’kę nawet kosztem odmówienia sobie wódki. Ja tak zrobiłem.
5/6

Chaos Inception - Collision with Oblivion


Full-length, Brutalized Records
2009
Wszyscy Ci którzy narzekają (w tym i ja)  na poziom ogólny jakości muzyki ekstremalnej na świecie nie będą mieli co biadolić przy rewelacyjnym debiucie Chaos Inception ze Stanów Zjednoczonych. Ekipa składająca się z byłych muzków choćby Fleshtized daje gwarancję na udany album, choć wiadomo że z tym to też różnie bywa (zgłosi sie po nich np Nuclear Blast i koniec dobrej muzy na rzecz kasy). Zacznijmy od odnośników, a porównań do takich ekip jak Morbid Angel czy Krisiun nie zabraknie i oczywiście echa Immolation też słyszalne bardzo wyraźnie co w sumie daje bardzo dobrą wypadkową dla maniaków diabelskich dźwięków Death Metalu. Nie oznacza to, że panowie zapomnieli o technice która błyszczy tu bardzo jasnym światłem. Należy zwrócić uwagę tutaj na należyty balans pomiędzy techniką a przestrzenią jaką buduje Chaos Inception w swych kompozycjach, bo pomimo gęstego natłoku blastów, wspaniałych solówek, bluźnierczej trucizny wydobywającej się z ust wokalisty, to jest tu też miejsce na oddech. Ów oddech czy przestrzeń a nawet luźność kompozycji wprowadza w niemały trans powodując zauroczenie i chęć słuchania tego albumu bez jakiejkolwiek zewnętrznej interwencji osób trzecich, więc za wczasu uprzedzajcie swoje dziewczyny tudzież facetów, że te 31 minut jest tylko dla was.
Osobiście uważam, że kolejnym bardzo dużym atrybutem “Collision with Oblivion” jest jego brak zmanierowania mimo nowoczesnego brzmienia, mocy trigerów, dopieszczonego brzmienia. Chaos Inception nie traci na tym, a klarowność dźwięków wychodzi im tylko i wyłącznie na plus przy szerzeniu propagandy okultystycznej wizji Chaosu. Jednym słowem polecam i radzę sięgać po ten album, bo wg mnie nie brakuje mu niczego czym mógłby się powstydzić sam Morbid Angel.
6/6
 
 
 
 
 

Burial - Divinity Through Eradication


Full-length, Metal Wrestling Alliance
2009
Po 9-ciu latach oczekiwania na następny krążek otrzymałem to i jest mi żal trochę chłopaków, bo debiut był niezłym albumem który dziś pewnie brzmiałby troche archaicznie co jednak nie usprawiedliwia ich na pójścię w stronę modnych zagrywek na dzisiejszej scenie. 9 lat to sporo czasu, a jednak na króciutkim albumie pośród seidmiu utworów dwa są jeszcze z sesji “Enlightened with Pain” i szczerze są to najlepsze wałki na tym krążku. Morał z tej bajki płynie sam, ale po kolei. Burial poleciał w granie Brutal Death Metalu z duża ilością Groove Slam i jak się tu nie wkurwić? Owszem ja wiem, że to nieznany zespół i wielu powie po co się czepiam skoro muza sama w sobie nie jest najgorsza to niech sobie sięgają nawet po elemnty samby czy rumby. Tak moi mili, zgadzam się, ale zabieg Slam w wykonaniu naszych bohaterów jest typowym zabiegiem w stylu ‘chcę być chociaż troszkę jak Devourment, bo oni sa na topie’ itp itd., a przynajmniej ja to tak odbieram. Album szczerze mówiąc ma powera, struktury kawałków fajnie współgraja z pracą wokalisty który świniakuje, growluje aż miło… Tyle, że był to prosty Death Metal przeplatanych blastów z średnimi tempami a kierunek w którym się obecnie poruszają nie ma wiele wspólnego z tym co prezentowali na jedynczce. Takie pod publikę, ale na tyle udane że nie zjebię ich do końca… no chyba że Nuclear Blast się po nich zgłosi hahahaha. Mnie wkurzyli, może macie inne podejście.
3/6