wtorek, 7 czerwca 2011

Melancholy Pessimism ‘End of Vermin Nations’


Full-lenght, Metal Age
2010
Czeski Melancholy Pessimism nigdy jakoś nie mógł się przbić pomimo prawie 20 lat istnienia na szersze wody. Powodem tego jest ich dość specyficzne podejście do Death Metalu który często i gęsto Grind’uje jak i obecnie wykorzystuje elementy Deathcore jak i czystego HC. Mieszanka dość wybuchowa sami przyznacie, jednak niestety tylko na pozór, bo więcej w tym irytacji, ogólnego mętliku niż dopracowanej muzy która przypasowała by do gustu wszystkim fanom wymienionych gatunków. Przykładowo fanom Death Metalu a nawet Deathcore wątpię by przypadły do gustu krzyczane jak w Biohazrd wokale, przplatane z Grindowymi krzykami i piskami. Generalnie jest tu za duży rozrzut stylistyczny, dużo zagrywek wprowadzających w błąd przez co nie mogę się skupić na całokształcie muzyki tylko jestem w stanie wypominać błędy. Ogólnie jest to zabieg dość eksperymentalny, ale niestety jak dla mnie nieudany. Z jednej strony nie mogę zarzucić braku warsztatu chłopakom, ale z drugiej strony jest to na tyle dziwne że mnie wkurza, bo są kawałki które sie zapowiadają zajebiście, brutalnie i konkretnie by nagle w referenie usłyszeć HC ‘hey-hey-hey’ i czar pryska w cholerę. Dla mnie koniec końców lipa.
2,5/6
 

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Nuclear Vomit ‘Obora’


Full-lenght, Mad Lion
2008
Polska, nasza kochana Polska, kraj zdominowany przez katolików, którzy to jak plaga mszyc nakłaniają do ascezy, przestrzegania jakichś tam przykazań które chuj wie kto i kiedy i dlaczego uzał za prawidłowe i nie wspominając już o innych dekretach głoszonych przez ekipę kościelną dzięki której babcie oddaja co mają na tace, a pedofile w czarnych sukniach pieprzą bezbronne dzieci. I ci sami degeneraci mają uczyć nasze dzieci o prawidłowościach funkconowania rodziny tudzież życiu seksualnym po ślubie? Toż to kurwa kpina jakich mało! Ale dobra, żeby nie było że recenzja ‘Obora’ skupia się tylko wokół frustracji naszego codziennego życia to jedziemy. Nuklearny Rzyg skupia w sobie wszystkie niezbędne elementy potrzebne do przyjemnego słuchania Grindowego napierdolu który jest wspomagany elementami Death Metalu. Innymi słowy mamy tutaj mięsiste łojenie, sporo prosiaków poprzeplatanych z świniakami i jeszcze prosiętami... Czyli Obora w chuj na maxa i czego chcieć więcej? Produkcja albumu nie pozostawia nic do zarzucenia, konkretny łomot dupska poprzez chwytliwe riffy, blastująco-skoczną sekcje rytmiczną i przede wszystkim przebojowość moi drodzy fekaliści. Nuclear Vomit ma to do siebie, że pomimo grania niszowego gatunku i nie dorobienia się w pierwszym półroczu takiej kasy jak Jenna Jameson za pokazanie cycków, czyni rozpierdol podobny do niejednego pornusa z udziałem tak elitarnej damulki. A rozpierdol ten będzie i jest rozchwytywany w gronie fanatyków tak samo szybko i ochoczo niczym produkcje studia filmowego Troma. Dodatkowo nasi ulubieńcy uraczyli nas udanymi coverami Ahumado Granujo and Mortician a więc czara się dopełniła, kupa w oborze wylała hydrantowym wytryskiem, a świnie żyją dalej! Dla patologów mus!
6/6
 
 
 
 
 
 
 

Lamaw ‘Inclination of Repugant Dismemberment’


Full-lenght, Brute!
2010
Zacznijmy od tego, że w dzisiejszej muzyce znanej i określanej jako Brutal Death Metal nie ma już limitów jeśli chodzi o przekraczanie granic brutalności. Lamaw pochodzi z Filipin i ci z was którzy wiedzą już czym to śmierdzi to tak, macie rację. Brudny, chory, trzeszczący i chropowaty Death Metal jakich tam od cholery choć przyznam szczerze, że brzmienie bardziej kojarzy mi się z meksykańskim syfilisem spod nazwy Oxidised Razor. Te 30 minut totalnego zniszczenia niby niczym nie zaskakują, ale są naprawdę podane w sposób na tyle zjadliwy, że bez trudu i namysłu chce się nacisnąć ‘play’ poraz kolejny. Struktury kawałków też nie są skomplikowane, bo panowie poszli na napierdalanie plus elementy Slam zapominając co nieco o technicznych smaczkach. Nie twierdzę, że jest to prymitywne ale w natłoku amerykańskich zespołów jak choćby Disgorge czy taki Necrotic Disgrogement, Lamaw technicznie wypada blado. Jednak siła w tu jest w prostocie, kwikach wokalisty który brzmi niczym rasowy prosiak no i dodatkowo kilka chorych interek i jest wszystko już patologicznie wyśmienite. Brzmienie i nawałnica dźwięków momentami jest tak skomasowana, że aż bebechy człowiekowi pulsują, czyli jest jak być powinno. Na zakończenie dorzucili nam jeszcze cover czeskiego Mincing Fury and Guttural Clamour of Queer Decay... I tymi słowy zakończę ów wypociny, bo skupić się nie mogę na pisaniu gdy napierdalają tak zacne wymioty.
5/6
 
 
 
 

Prejudice ‘Megalomanic Infest’


Full-lenght, Soulflesh Collector
2009
Przyznać mi sie tu bez bicia, kto z was wiedział że taki z lekka eksperymentalny tudzież progresywny Brutal Death Metal kryjący się pod nazwą Prejudice isnieje już od 1993 roku? Kto z was miał w ogóle styczność z tym zespołem sprzed wydaniem tego albumu, no może jeszcze sprzed poprzedniczki? No właśnie, nikt a szkoda. Nie winię ani zespołu, ani was ani siebie bo po prostu zespół wydawał kolejne płyty, a tu cisza była jak makiem zasiał. Okazuje się, że dopiero obecnie współpraca z rosyjską Soulflesh Collector przyniosła korzyści wypłynięcia na szersze wody, a jest szczerze mówiąc z czym. Muzyka strasznie nietuzinkowa, mówiąc po młodzieżowemu ‘zakręcona’ ale w tą dobrą stronę, na korzyść zespołu. Czasami ma się wrażenie przebywania w jakimś wielkim mikserze, który mimo rozpieprzania wszystkiego na kawałki utrzymuje całość tego skomplikowanego chaosu w całości. Od samego początku płyty uwage przykuwa brzmienie które dalekie jest od wypracowanych standardów amerykańskich a nawet europejskich i proponuje taką wypadkową co dziś można usłyszeć w gatunkach Deathcore czy tzw. technicznym Thrash Metalu. ‘Megalomanic Infest’ jest albumem który przede wszystkim przykuwa ucho odbiorcy do samej zawartości muzycznej pozostawiając wokale czy tzw. kwestie brutalności na drugim planie. Kunszt uzyskany wydobyciem z podstawowego instrumentarium metalowego tych złożonych dźwięków oraz aranżacja ich w całość jest naprawdę nie lada wyczynem i olbrzymie słowa pochwały. Dodatkowo bardzo drutalnie wykonany cover Death ‘Lack of Comprehension’ - miodzio kurwa, miodzio! Sumując, jeśli lubicie nie tylko skomasowaną do granic możliwości łupankę a nie boicie się zajrzeć w głąb żelaznej machiny eksterminacji to ta kompletna płyta powinna znaleźć się w waszej kolekcji.
6/6
 
 
 
 
 

Mastabah ‘Quintessence of Evil’


Full-lenght, Wyrm
2010
Nie macie czasem wrażenia, że jak odpalicie jakikolwiek polski album z Death Metalem to nawet gdybyście nie znali pochodzenia zespołu to coś wam mówi, że to bankowo Polska? Pierwsze akordy i brzmienie gitar od razu nasuwa skojarzenia z naszą rodzimą sceną, ale co zrobić gdy większość naszych mistrzów od nagłośnienia i masteringu wzoruje się na Behemoth czy Vader? Wiadomo, że tym zespołom odnośnie soundu nie mozna nic zarzucić, ale robienie wszystkiego na modłę fajniusiego brzmienia powoli zaczyna wkurwiać, w szczególności triggery które poraz kolejny zdominowały kolejny abum, bardzo dobry album. Mam szczerze dość tego tykania bo zamiast powalać tylko irytuje i psuje odbiór muzyki, ale trudno nie mój wybór, ja tu tylko sprzątam. Muzycznie Mastabah uwija się bardzo rzetelnie w estetyce Death Metalu rodem z Piekła gdzie smród palonych ciał i smoły sączy się z głośników kpiąc z obowiązujących norm świata duchowego większości społeczeństwa. Muzycznie płyta jest bardzo nazwałbym to ‘perkusyjna’ a popisy Goro znanego z Dark Legion (czemu ten band zdechł kurwa!!!!!????) zabijają swą precyzją... gdyby nie te centralki. Wokalnie mamy od głębokich growli iście diableskich aż do krzyków wręcz z 9-tego Kręgu Piekieł. ‘Quintesence of Evil’ jest materiałem raczej na pojedyńcze odsłuchy, jego intensywność może przerosnąć niejednego, ale może to i nawet dobrze, bo powrót do takiej płyty po kolejnym tygodniu jest dodatkowym kopem i kolejnym upadkiem na kolana przed ogromem mocy i wykreowanej Kwintesencji Zła.
4,5/6
 
 

Non Opus Dei ‘Eternal Circle’


Full-lenght, Witching Hour Prod
2010
Polski No Opus Dei uderzył kolejny raz zeszłego roku i uderzył ponownie z dość nietypowym materiałem jak na Black Metal. Dlaczego? Powodów jest choćby kilka i nie ma siły, bo przyjżymy się im zaraz bliżej. Otóż, technika oraz złozoność kompozycji w moim mniemaniu wymyka się już bardzo daleko poza ramy tzw. Blacku, to samo tyczy się produkcji albumu. Ale po kolei. Schemat struktór poszczególnych utworów jest bardzo zaawansowany i czerpiący garściami z innych gatunków. Z jednej strony ma się wrażenie, że album jest jakby przełomem w gatunku, próbą zdefiniowania oraz podjęcia tematu czegoś nowego a z drugiej strony ‘Eternal Circle’ jest bardzo głęboko osadzony a nawet więcej, zakorzeniony w czystym Black Metalu. I właśnie pomimo bardzo dużego rozbicia technicznego, dużego spektrum umiejetności muzyków (tak, tak muzyków bo to już nie przelewki i zabawa), to właśnie sposób przedstawienia ów techniki w kompozycjach nie pozostawia złudzenia, że obcujemy z tworem czysto Satanistycznym, który ponad wszystko stawia sobie cel bycia prawdziwym poprzez głoszenie wiedzy i słowa Pana. Atmosfera jest bardzo gęsta, smolista i tu kolejne złudzenie, bo szczerze to jak wspomniałem produkcja odbiega daleko od typowej prezentowanej w nurcie Black Metalu, a jeśli nawet się już po takową krystaliczną sięga, to często zespół jest traktowany na równi z pozerstwem i pogonią za kasą. Cóż moi mili, nie ma bardziej złudnej opini w stosunku takiej zastosowanej względem Non Opus Dei. Daleko tej muzyce do komercji i niech tak zostanie, bo w prawdziwej sztuce pieniędzy nigdy nie będzie.
Sumując, album zdecydowanie dla osób bardziej otwartych na dźwięki choć z drugiej strony przekaz jaki ze sobą niesie ‘Eternal Circle’ może i przekona ortodoksów by mieć w swojej kolekcji na półce choć jedno z wydawnictw polaków. Olbrzymi szacunek za lata twórczości i robienie swojego.
6/6
 
 

 
 

Kataplexis ‘Insurrection’


Full-lenght, self-production
2010
Doczekaliśmy się czasów gdzie wydanie własnym sumptem płyty nie jest żadnym problemem, wystarczy mieć materiał, popić mniej browarów przez miesiąc, zrobić zrzutę w pięciu czy ilu nas tam łącznie jest i za tydzień mamy powiedzmy 1000 sztuk własnego albumu, ślicznie wydanego i tłoczonego niczym z rasowego labela. Sprawę ułatwi nam fakt jeśli mamy kogos kto łapie choćby podstawy grafiki komputerowej, a obecnie to chyba wszyscy są w tej profesji hehe. Kanadyjczycy tak właśnie zrobili i nie powiem, jest to całkiem udany materiał łączący w sobie Death Metal z Grindem oraz DeathCore z duzym naciskiem na ten ostatni. Mamy tu bardzo dużo zagrywek technicznych, typowych breaków oraz wokali przede wszystkim które właśnie można bezproblemowo podczepić pod ten gatunek. Co bardzo spodobało mi się w ‘Insurrection’ to fakt, że chłopaki nie wykorzystali typowego brzmienia jakim raczy nas scena DeathCore, a finalny miks nie razi tzw. matematyczno-komputerowym dopieszczeniem kojarzącym się z wyłącznie ze sztucznością produkowaną jakże często przez ten gatunek. Owszem sporo tu rzeczy jakich nie trawię jak choćby furkocząca od triggerów perkusja, za dużo elementów core, pół-growli a pół-krzyków ipo prostu nie ta estetyka gry... jednak nawet jeśli nie to nie wasza działka, zachęcam do kontaktu z zespołem bo słychać, że poświecili sporo czasu na dopracowanie utworów, nie są to jacyś nowicjusze grający i idący wypróbowana ścieżką, mają jaja i robią swoje podpierając to bardzo dobrym warsztatem technicznym. Może album i nie jest przełomowy, zaskakujący czy jakkolwiek chcielibyście go nazwać ale jest na tyle dobry, że można bez żenady do niego powrócić.  Po prostu kto co lubi, a mi w pewnym stopniu się spodobało.
3,5/6