czwartek, 9 lutego 2012

Disfigured ‘Amputated Goatwhore’

Comatose Music, album 2011

Wytyczna - stan Texas w Ameryce i tak, dobrze się spodziewacie, to nie jest przedstawiciel gotyckiego grania hehe. Disfigured (mogliby zmienić chłopy nazwę, bo Zniekształconych na międzynarodowej scenie było i jest od zatrzęsienia) prezentuje nam Death Metal zdechły ochłap mięsa, mieszając w nim elementy brutalnego z technicznym graniem bazując na tym co można uznać za standardowe podejście do materii tej muzyki. Przejdźmy jednak do sedna samej muzyki i pobawmy się w rozbiórkę utworów na aranżacyjne części. Otóż, prym wraz z gitarami wiedzie tutaj też sekcja rytmiczna i żadne z tych dwóch składowych nie zostało bardziej lub mniej faworyzowane. ‘Amputated Goatwhore’ to bardzo spójny album, gdzie wspomniana technika balansuje z furią oferowaną przez dynamiczne i zróżnicowane propozycje pałkera i basisty. Właśnie, kolejnym ważnym elementem jest bardzo wyraźnie słyszalny bas, który pusuje i współgra zarówno z riffami gitar i wspomaga linie perkusji, która ani na moment nie zamierza zaprzestać zaskakiwania kolejnymi rozwiązaniami na tomach czy podbijaniem centralek. Skoro już wspomnieliśmy o gitarach, to mogę powiedzieć jedynie tyle, że dzieje się tu wiele, a i samych smaczków nie brakuje: sporo wypuszczeń gitar na prawym kanale, pingi, tremolo, tłumione, ‘palcowania’ tyle, że niejedna nimfa by padła hehe (chociaż to nie Enmity haha). Kolejna zasługa gitar w zakresie urozmaicenia to sporadyczne ale sprawne sola oraz ciężar... bo nawet w najwolniejszych partiach zespół czuje się bardzo dobrze i nie sięga po partie Slam, a zdecydowanie obstaje przy tradycyjnych zwolnieniach na otwartych strunach. Wokale także okazują się strzałem w dyszkę, a Ryan ryczy na niskich i głębokich growlach, że aż miło, a do tego sporadyczne gardłowe bulgoty niczym przy płukaniu jamy ustnej i trochę krzyków. Obowiązkowym elementem stały się tez intra, których jest kilka i tak mamy tutaj odgłosy próby gwałtu upośledzonej dzieczyny, napierdalania czymś tempym w ciało ofiary, sraczki przeplatanej z pierdami, krzyki i takie tam... Ogółem, nic nowego.
Dobra, chyba wystarczy moich smentów. Jak nie dowierzacie sprawdzać w załączonym linku i szukać lub kupić na Obscene Extreme hehe.
6/6

Gigan ‘Quasi-Hallucinogenic Sonic Landscapes’

Willowtip, album 2011

45 minut totalnej technicznej masakry!!! Amerykańskie trio trafiło w sedno z tytułem swojego drugiego krążka... i jestem pod olbrzymim wrażeniem co ci kolesie potrafią wyciągnąć ze swoich instrumentów. Pomijając juz sam fakt, że nie rzadko album zahacza o totalnie pokręcone jazzowe aranżacje, to Brutal Death Metal wymieszany z Grindem w wykonaniu Gigan, to po prostu zabójcza rzecz. Utwory, każdy z pojedyńcza, opowiadają o dziwactwach związanych z tematyką sci-fi, załamaniach grawitacji, istnieniach które można śmiało nazwać potworami itp. Może i niezbyt wyszukana tematyka, ale w końcu do tak pomieszanej psychicznie emanacji sonicznej pasuje jak ulał. Ciężko jest mi powiedzieć cokolwiek o strukturach utworów, tempie albumu, o przeważających partiach, ponieważ jest tego tak wiele i zrobione na tysiąc sposobów, że jedna wytyczna byłaby pokrzywdzeniem dla ów halucynogennego sonicznego monstrum. Czyli po odpuszczeniu sobie struktur na określenie i skrupulatne opisanie których zdobyłby się tylko wariat, pora powiedzieć kilka słów odnośnie wokali i przewijających się przez album smaczków. Mamy tutaj growle o różnych wariacjach, zniekształcone momentami komputerowo, sporo krzyków, linie mówione... a smaczki, no tutaj moi drodzy jest spora ciekawostka. Gigan nie stroni od komputeryzacji swojej muzyki, a zabiegi te stosuje począwszy od wspomnianych efektów wokalnych kończąc na przestrojeniach nawet riffów gitarowych, gdzie zakończenie co niektórych zamiast dla przykładu winno być z pingiem... a my tutaj mamy komputerowy trzask lub inną wariację. W tle również sporo efektów ‘kosmicznych’ hałasów, pisków... kurwa, istne szaleństwo! Efekty bardzo ciekawe, zresztą jak i cały koncept muzyki, nowatorstwo i polot.
‘Quasi-Hallucinogenic Sonic Landscapes’ dla maniaków typowej, tradycyjnej szkoły Metalu będzie kompletnie nie do przyjęcia, jednak ci z Was szukający świeżości a jednocześnie braku gejozy, zapewniam, Gigan spełni te oczekiwania. I mimo faktu, że kompletnie z taką muzyką sam siebie bym nie utorzsamiał, to jednak nie sposób tego geniuszu docenić. Zastanawia mnie kwestia, czy przy kolejnych produkcjach zachowają poziom balansowania pomiędzy brutalnością, techniką a szeroko pojętą muzyką, czy może jednak otrzymamy gniota w postaci zlepka tysięcy riffów i plastiku furkoczącego centralkami. Czas pokaże, a póki co... a pieprzyć to! Daję maksa!
6/6

Demonical ‘Death Infernal’

Cyclone Records, album 2011

Historia tego zespołu jest banalnie prosta, otóż Centinex zdechł, a Martin wraz z Johanem usiedzieć nie mogli bez grania Szwedzkiego Death Metalu. Tak oto w tym samym roku śmierci w/wym. zespołu zostaje powołany do bluźnierczego aktu życia Demonical. Pomijam różnice, które w przypadku obu zespołów są znikome, to do dziś dnia nie mogę pojąć dlaczego nie można było kontynuować tych kompozycji pod szyldem Centinex. Cóż, wyszło jak wyszło i pozostaje mi jedynie celebrować nowe nagrania kontynuacji zmarłej legendy szwedzkiej sceny. ‘Death Infernal’ (przyznacie, że rasowy tytuł, prawda? aż łapska się pocą by po niego sięgać!) zaczyna się bardzo rasowo, od umiarkowanego, no może w miarę szybkiego tempa i jadowitych riffów. I tak możnaby określić całą zawartość tej nieświętości, dorzucić zwolnienia, kilka klimatycznych zagrywek akustycznych i połóżyć duży nacisk na melodykę kompozycji pomimo szorstkości i chropowatości znanego i cenionego brzmienia, które chyba bardziej szwedzkiej już być nie może. Co mogę dodać? Ano fakt, że na wokalach nikt inny jak sam Sverker "Widda" Widgren z Diabolical... Po prostu Diabeł i 1000 dziwek gwarantowane! A tak serio, to facet odwalił kawał porządnej roboty, która niczym nie odbiega od ‘szlagierów’ jak choćby ‘Like An Everflowing Stream’... Muzyka, co prawda w skrócie już omówiona wyżej, ale chciałem  jeszcze tylko dodać, że czasem jest za melodyjnie jak na moje wypatrzone gusta, co nie zmienia faktu, że album jest godzien wydania tych parszywych 35zł.
5/6

Unbreakable Hatred ‘Total Chaos’

Galy Records, album 2011

Kanadyjskie trio, świeża twarz na scenie technicznego Death Metalu, w maju zesłego roku zadebiutowało albumem ‘Total Chaos’. Pierwsze wrażenia wizualne jak najbardziej na tak, okładka jawi się w idealnych ciemnych barwach przebłyskując czerwienią i żółcią dla podkreślenia elementów ognia, kilka trupów, druty kolczaste ogrodzenia niczym w fabryce śmierci i demoniczna postać formująca się z zalegających zewsząd zwłok i zgnilizny. Trafiony, zatopiony hehe. Przechodząc jednak do części muzycznej wydawnictwa, o takich wiwatach nie ma jednak mowy. Przede wszystkim mamy do czynienia z przekombinowaną polaryzacją dźwięku, a co za tym idzie Death Metal został  pozbawiony włochatych jaj. Oczywiście są momenty gdzie triggery centralek i werbla nie dominują na kompozycjami gitar ajk choćby początek utworu ‘Anger and Fury’, ale niestety to wyjątki. Zgodzę się również, że takie granie może się wielu podobać i trafiać w gusta, a moje wytykanie tzw. ‘wad’ potraktujecie jak narzekanie starego capa, i ok – przecież każdy ma swoje zdanie. Dla mnie jednak materiał jest za mało naturalny. Unbreakable Hatred od pierwszego dźwięku przekonuje nas, że chłopaki instrumenty mają opanowane na bardzo wysokim poziomie, solówki są wręcz bajeczne, bas i gary wybijają ciekawe partie rytmiki podchodzącej pod Death i elementy Core (szczerze powiem momentami zalatuje to taką słabszą wersją Dying Fetus). Idąc dalej mamy na celowniku wokalistę, który mimo pierwszego wrażenia jakie u mnie wywołał (kompletnie mi nie weszło), to jednak maniera wokalna Simona pasuje tutaj jak ulał. Na wpół krzyki, a na wpół growle prezentują się ciekawie, dodatkowo poprawiając dynamikę muzyki, poszczególne frazy niczym ciskane kamienie dodają kopa całości kompozycji.
Kanadyjczycy na ‘Total Chaos’ pokazali swoje umiejętności techniczne, pokazali również, że potrafią komponować utwory które nie są zlepkiem popisów zaawansowanych riffów, a stanowią całość i można to ze spokojnym sumieniem nazwać muzyką (w kryteriach Death Metalu rzecz jasna hehe). Jednak jeżeli ma to być ‘totalny chaos’ to jest on niestety ujarzmiony, bez pierdolnięcia i brakuje tego elementarnego, tego przysłowiowego ‘czegoś’.  Olbrzymi minus za plastikowe brzmienie i coś mi śmierdzi, że kolejny album będzie już stricte DeathCore. Póki co, jest dobrze, do posłuchania kilka razy i na półkę.
3,5/6

Deutsch Nepal / The Moon Lay Hidden Beneath A Cloud ‘A Night in Fear’

Arthur’s Round Table, Split ep 1996

Jasny, kurwa, gwint!!!! Zastanawiam się jakie jednostki słuchają takiej muzyki na co dzień, bo to przecież istne porąbaństwo, coś co można ująć i sklasyfikować na granicy Dark Electronics. Nie mogę zaprzeczyć, że jednorazowe eksperymenty z taką muzyką (lub anty-muzyką jak kto woli) dają mi wiele, uświadamiają że nie tylko ja nie podchodzę pod żadne klasyfikacje społeczne poza muzycznym dziwactwem, zboczeniem i trybem samotności ku niezrozumieniu innych (są wyjątki, wiecie kim jesteście hehe). Ciężko powiedzieć, który z projektów jest odpowiedzialny za jakie utwory, jednak stawiałbym na to, że Deutsch Nepal pod nieugiętą wodzą Petera Anderssona wykonuje utwór ostatni z trzech, chociaż po około 2-óch minutach pojawiają się wątpliwości ponieważ zaczynają się kombinacje z dość transowym bitem, żeńskimi dialogami... Całość tej split ep’ki wzbudza całkiem poważne doznania, a wśród nich jak najbardziej strach, który jest zgłębiany, poszukiwany, badane są jego nowe pokłady, wymiary. Obsesja, obłąkanie... Twórcy takiej muzyki są naprawdę popaprani, bo co chcą nam przekazać? A jeśli to uzewnętrznienie ich samych, to jasny, kurwa, gwint (ponownie!)!!!  Pasaże kreowane przez oba projekty poza wspomnianą elektroniką, dziwnymi bitami i niezaprzeczalnym tłem Ambientu, mają w sobie jeszcze trochę pobrzmiewającego echa muzyki etnicznej... ale to sobie już obadacie sami. Zawsze to coś innego, mała odmiana pomiędzy krwawymi wnętrznościami patroszonych niewiast, a Diabłem i Piekielnością.
5/6

Dominion ‘Born God and Aware’

Unique Leader, album 2006

Szwecja, Death Metal, i wbrew pozorom nie usłyszymy brzęczącego brzmienia do jakiego nas ten kraj przyzwyczaił. Dominion to duet, który na przekór wszystkim rodakom (poza kilkoma wyjątkami jak choćby Insision hehe) postanowił spróbować swoich sił w technicznej odmianie Death Metalu i muszę przyznać, że robią to równie dobrze jak niejedna ekipa starych wyjadaczy. Muzyka opisywanej maszyny śmierci charakteryzuje się przede wszystkim bardzo dużą chwytliwością nawet w najbardziej technicznych momentach, ma unikalny pierwiastek który stawia ten album wysoko ponad przeciętność czy tylko dobry album. Bo pomimo nawałnicy dźwięków, naprzemiennie katujących nas blastów i zwolnień wraz z dużą wariacją riffów, które nie z rzadka stoją na wysokim poziomie technicznym i wwiercają się w mózg niczym pierwsze cięcia włókien nerowych podczas lobotomii. Słodko, prawda? A tak całkiem poważnie, to ‘Born God and Aware’ jest bardzo dynamicznym krążkiem, pełnym smaczków które są słyszalne po kolejnych odsłuchach, i najważniejsze – łatwą zapamiętywalnością utworów pomimo zaawansowanych struktur.
Muzyka tego typu jest skierowana do dość wąskiego grona odbiorców, a co za tym idzie chęć zdobycia zarobku przez takie zespoły żadna, dzięki czemu mamy album szczery, zagrany z pasją i pomysłem. Szwedzi pokusili się naprawdę o wyjątkowy materiał, bo dla przykładu dam sobie co nieco z mojego cielska uciąć i wyciąć, zakładając się, że takiej frajdy z słuchania ‘Born God and Aware’ nie doświadczycie choćby z ostatnim albumem zespołu szefa Unique Leader jakim był ‘...Of What’s To Come’. Szkoda jedynie, że mija już ponad 5 lat, a ‘dwójeczki’ jak nie było tak nie ma.
6/6