piątek, 1 lutego 2013

Blasphemia Prophetica ‘Total Hatred’






















Werewolf Promotions, demo 2012

Tym razem nasze rodzime podwórko na którym wybieramy się w kierunku Bytomia. Debiutanckie demo tego nowego tworu, który powstał w 2011 roku, w Black Metalowym undergroundzie nie przynosi nic odkrywczego a jest bardzo udanym hołdem złożonym korzeniom i starej szkole obskurnego i nienawistnego czarciego grania. Na ‘Total Hatred’ składa się 6 utworów w tym intro i outro dające w całości trochę ponad 15ście minut surowego Black Metalu.
Demo zaczyna się krótkim intrem gdzie słychać szepty, inkantacje, krzyki i ekstatyczne jęki na tle wycia wiatru, a wszystko to zgrabnie kończy się po około minucie by przypieprzyć wyziewem wprost z Piekła. Muzyka sama w sobie jest wręcz naładowana agresją, nienawiścią i skierowana przeciwko judeochrześcijańskim świniom ‘generacja nienawiści, generacja śmierci  przeciwko twemu światu przeciwko tobie!’ -> tak oto rozbrzmiewa werset tytułowego utworu ‘Total Hatred’ który jak sądzę idealnie określa i pokazuje jakie wartości propaguje Bytomski duet. Brzmienie tej kasetki dla mnie osobiście nie pozostawia żadnych zarzutów, ponieważ trzeszczy, jest ohydne, perfidne i kurewsko chamskie. Jednak o dziwo, ścieżki gitar, wszelakie riffy są dobrze słyszalne dla wprawionego ucha. Bardzo dobrze zostały też nagrane bębny o ile można tu mówić o czymkolwiek celowym, to jednak nie tyle co ich brzmienie ale całokształt powala bo zarówno aranżacje tego ‘łomotu’ jak i hałas wydobywający się z tego nagrania przypadnie najbardziej zagorzałym fanatykom Black Metalu. Na dodatek wokale Witchfucker’a który też obsługuje wspomnianą perkusję, to niczym tyrania śmierci, totalna nienawiść której podług praw rozsądku nie da się opisać. Demo kończy się nawałnicą strzałów, totalną egzekucją ścierwa.
Blasphemia Prophetica zafundowała mi całkiem udana podróż w czasie gdzie hałaśliwe dema hord początku lat ‘90tych stanowiły fundament tego co ówczesnie rosło w ikonę kultu. Zapewnie nie jest to tylko pozycja kolekcjonerska, fanatycy obdarzą uwielbieniem. Pisać do wytwórni i nabywać.

Aeon ‘Aeons Black’






















Metal Blade, 2012 album

Czwarty już album Szwedów jest jawną konsekwencją tego co zostało powiedziane na poprzednich wydawnictwach, a w szczególności na trójeczce ‘Path of Fire’. A co było do tej pory? Otóż, dla tych którzy pominęli jakimś cudem ten zespół śpię z tłumaczeniem, że mamy tutaj techniczny Death Metal z istnie antychrześcijańskim nastawieniem, który niejednokrotnie ukazywał makabryczne zbrodnie kościoła, idiotyzm i ślepotę szarej masy podążającej jak świnie do koryta. Z ta różnicą, że świnie się chociaż nażrą, a biedacy i potrzebujący odejdą z kwitkiem (jeśli mają szczęście, bo jak nie to nawet i kurwa księżulek czyjegos synka przeleci) z pustą obietnicą i frazesem, że ktos ich niby wysłucha. Tym oto krótkim wstępem (a raczej ustępem = kiblem skoro mowa o instytucji kościoła) zaczynamy faktyczną część recenzji.
Ponad 50 minut muzyki zawartej na ‘Aeons Black’ to konkretne mięso Death Metalowe, które zaprezentowano w 15stu utworach z czego 4ry to instrumentalne intra. Zacznę jednak od tego, że kompletnie nie podeszła mi okładka albumu, która jest tak sztuczna i komputerowa, że przykro mi to mówić, ale jest po prostu spierdolona hehe. Kojarzy się automatycznie z badziewiem jak piękne zespoliki rodem Behemocik hyhy, na szczęście muzyka daleko odbiega od podchodów w stronę komercyjnej papki i łatwej kasiory, bo przebraliśmy się w zbroje to teraz laski niech kwiczą, Aeon to poważna sprawa moi drodzy. Otóż, brzmienie z albumu na album Szwedów jest coraz lepsze, a dodatkowo nie traci nic na swoim ciężarze. I tutaj dochodzi właśnie taki mały szkopuł polegający na pokazaniu jak można grać z krystalicznym brzmieniem które oferuje technika studyjna by nie dać ciała i się najzwyczajniej nie zapętlić w miałkość i po prostu nudę. Aeon pokazał to wręcz podręcznikowo! Ścieżki gitar i ich aranżacje wpadają w ucho, bo riffy pomimo swojej techniki są podane w sposób przystępny, ale nie oznacza to że przez to ‘Aeons Black’ jest albumem niewymagającym, nie! Riffy aż kotłują się by wybuchać jeden po drugim, ale jednak ekstremalna technika została poskromiona przejrzystym schematem utworów. Nakładające się patenty, sola, pokręcone riffy niemal do granic jednak w całokształcie zdające egzamin dojrzałości i budujące klimat potężnie brzmiącej i mechanicznie napierdalającej płyty. Małym mankamentem jest natomiast bas a w zasadzie jego brak. Obecny jest, bo wiadomo, że potęgi brzmienia bez basu nijak uzyskać, ale jest schowany pod ścianą gitar i ujawnia się sporadycznie w partiach gdzie reszta instrumentów cichnie. Wokale są jak zawsze mocną stroną w Aeon, potężnie, zrozumiale... bez bełkotów i buczenia. Po prostu moc niskich growli chwaląca prawdę o zakłamaniu i deprawacji kościelnych szumowin. Perkusja, gdzie w sumie nie ma litości, to bardzo dobra strona tego albumu, bo utwory są zróżnicowane, nie jest to ciągły blast, ale jest tu po prostu wszystko: szybko, wolno, środek też, podwójne centralki... zestaw blach od chiny po świetne crashe i zajebiście brzmiący raid. Ehhh po prostu cholerna profeska, ot co!
Szczerze mówiąc, nie wiem co mógłbym dodać na zakończenie tej recenzji, oprócz tego co tradycyjnie, że zachęcam do kupna bo ot kolejna świetna płyta którą należy mieć na swojej półce i sięgać po odsłuch jak najczęściej, bo jest to kawał konkretnego ochłapu!

Funeral Whore ‘Step Into Damnation’






















Chaos Records, album 2012

Debiutancki album Holendrów ukazał się w zeszłym roku i zrobiło się o nich dość szumnie w trzewiach undergroundu. Po uprzednio wydanych demosach i splicie z włoskim Profanal ‘Step Into Damnation’ jest jakoby zwieńczeniem dotychczasowych osiągnięć aranżacyjnych zespołu, a zapewniam was, że jest czego posłuchać. Każdy zapewne zauważył, że ostatnimi czasy dzięki temu, a raczej zespołom, które brzmią cukierkowato, technikę gry wciskają do granic absurdu, to jeszcze ich muzyka jest pozbawiona jakiejś myśli przewodniej, takie idiotyczne wręcz popisy techniką bez ładu i składu, zaistniał spory ‘boom’ na powrót tzw. starego grania. Oczywiście nie mam tutaj na myśli, że każdy zespół spod znaku Brutal Death tak gra i nagle coś mi się odmieniło, nie! Po prostu, nadchodzi taki moment gdy wypadkowe danej stylistyki zaczynają razić, a słuchacz, w tym przypadku ja, zaczyna dokonywać filtrowania i odrzucać przysłowiowe gnioty oferujące tylko technikę a nie muzykę w pełnym tego słowa znaczeniu. Jednak do rzeczy, skupiamy się Funeral Whore.
‘Step Into Damnation’ jest albumem mało oryginalnym jednak na tyle dobrym, że aż trudno się uwolnić od słuchania. Funeral Whore brzmi niczym wyciągnięte z wczesnej sceny Szwedzkiej, niczym z debiutu Grave, a stylistycznie to mikstura najwiekszych klasyków ówczesnych lat tego kraju. 11 utworów zostało napompowanych taką energią, że jest wręcz niemożliwym uwolnić się od muzyki Funeral Whore. Zacznijmy od tempa które Holendrzy ustawili sobie za cel jako średnie, nie doświadczymy żadnych blastów, a mimo tego głowa sama chodzi sprawniej niż przy niejednych napierdalaczach spod znaku Brutal. Album jest zdecydowanie tworem gitarowym, gdzie w riffach w głównej mierze postawiono na ostrość, szorstkość i melodykę, która to z kolei jest wręcz arcyciekawa w swej archaiczności, maksymalna potęga! Aranżacje o których wspomniałem nie należą do prostych w sensie powtarzalności, riffy przeplatają się zwinnie, tworząc świetny widok na soniczne potępienie, które nie odbiega daleko od ukazanej wizualizacji na okładce... Dochodzą do tego także motywy przewodnie gitar, jakby pół sola i tutaj jest czas na opisanie potężnego wokalu. Panie i panowie! Na kolana, bo wokal Roy’a to klasyk niczym ryk z pieprzonej otchłani opatrzony smrodem zgnilizny trupów, które porozrzucane gniją roztaczając mdły odór.
Każdy z utworów Funeral Whore pozostaje w pamięci, bo nie ma tutaj słabych momentów, są jedynie perełki w najczystszej postaci, które brzmia lepiej niż niejeden tyranozaur sceny DM obecnie. Utwory dzięki swej chwytliwości i ogólnemu feelingowi zmuszają wręcz w połączeniu ciężarem i obskurnością do machania łbem, do bólu, dla Rogatego! Czekam z niecierpliwością na drugi atak Pogrzebowej Kurwy i jak będzie na takim poziomie to zdecydowanie sporo jaj urwie tudzież rozpruje waginy w zachwycie! Kupować!


czwartek, 6 grudnia 2012

Newsy / Koncerty 06/12/12

Kolejna garść nowości oraz tego co w najbliższym czasie na żywo w kraju i na świecie.

Desaster ‘The Arts Of Destruction’





















Metal Blade, album 2012


Przyszła wiekopomna chwila moi drodzy jako że w swoich trzęsących się z zadowolenia rękach trzymam ostatniego bękarta Niemców, profanatorów z Desaster. O ile dobrze wynika z moich kalkulacji jest to już 7-me pełnometrażowe wydawnictwo tej hordy i chyba nikogo nie zdziwi fakt, że poniższe słowa będą wyłącznie słowami zachwytu. Jeżeli jednak jesteś czytelniku / czytelniczko zdziwiona, to niestety musisz jakoś pogodzić się z faktem bycia emo dzieciakiem hehe. Dobra, lecimy.

Album zaczyna się bardzo przyjemnym intrem w tle którego słychać odgłosy bitwy czasów średniowiecznych gdzie dźwięki oręża białej broni tworzą podniosłą serenadę do napierdolu jaki ma za moment nastąpić. Co, jak się okazuje zostało uchwycone perfekcyjnie od pierwszego riffu i nastąpiło. Stylistyka prezentowana przez Niemców to wręcz podręcznikowa mikstura Black / Thrash Metalu gdzie nadal rządzą niepodzielnie pieszczochy, pasy z nabojami, katany z naszywkami i hołdowanie we wszelakiej formie i pomysłach muzycznych tradycyjnej starej szkole grania Metalu, prawdziwego Metalu z krwi i kości. Bluźnierstwo, krew, cmentarze i rogi Diabła, ot co - nie ma czasu ani miejsca na sentymenty! Struktury gitar opierają się w dużej mierze na rytmicznych riffach które przyśpieszają w Black Metalową formę, ale często jest też obecna cholernie zakrapiana alkoholem i czystym Piekłem melodyka, ostra niczym pazury niejednego drapieżnika. Niech jednak ktokolwiek mi powie, że linie melodyczne są słabe lub obniżają poziom przysłowiowego rozpierdolu jaki się tu wyrabia, to ma w papę bez pytania hehe. Przecież taki dla przykładu 'Phantom Funeral' (do którego jest notabene zajebisty klip) to przykład jak się gra bez blastów a jest się bardziej opętanym niż większość raczkujących hord nagrywających wszystko na jedno kopyto. Kolejny przykład? Proszę bardzo 'Queens of Sodomy' gdzie dla odmiany mamy wręcz aż za prosta strukturę na powtarzającym się motywie... I co z tego? Siła drzemie właśnie w przypadku Desaster w prostocie! Wsłuchajcie się jeszcze w solo z tego utworu i wszystko stanie się jasne. Tempa o dziwo to nie tylko "Benedykt zombie XVI i blasty" ale sporo tutaj średnich pasaży, rytmicznych do bólu powodujących automatyczne kiwanie łba, by w końcu i tak popaść w obłęd headbangingu i nakurwu dla Szatana hehe. Świetnym zabiegiem jest idealnie brzmiący bas, który nie jest przesadnie z przodu, ale jego pulsowanie po prostu miażdży i cieszy! Charakterystyczne wokale Sataniaca i ja jestem pozbawiony jakichkolwiek pytań... 
Jeżeli dobrze pamiętam, a akurat tak się składa że dobrze pamiętam hehe, to Desaster nie ma w swojej dyskografii słabych punktów, jest zabójczy w tym co robi od tylu lat. Płyta wydana dodatkowo przez Metal Blade zawiera jako bonus drugi dysk dvd z koncertem i jest to kolejny powód do zacieszania. Świetnie wydana, jak należy, bez zdobników czy cudactw. Metal uber alles, bo już kolejny raz gra hymn 'Possessed and Defiled'!

Nea'Blis / Dominion - The Death Of Mankind... A Dream




















Northern Silence Production, split 2006


Wydawnictwo to pochodzi z 2006 roku, a dopiero całkiem niedawno udało mi się je zdobyć. Bynajmniej wina nie leżała po stronie złej dystrybucji, winić można szeroko pojętą scenę metalową na której ukazuje się tak wiele pozycji, że najzwyczajniej ciężko to oragniać, nie mówiąc już o morzu brakujących zasobów gotówkowych by to wszystko mieć hehe. Split wydany przez Northern Silence Production prezentuje dwa projekty które na chwile obecną zawiesiły działalność (Dominion nie daje znaku życia od 2006 roku po tym wydawnictwie). To lecimy z opisem, bo muzyka naprawdę przednia. 
Pierwszy prezentuje się w czterech utworach Szwedzki Nae'Blis, którego nazwę (tj. genezę nazwy) skądś kojarzyłem, do czasu aż informacja na metal-archives dokonała olśnienia w mojej pamięci. Swego czasu przecież czytałem wielotomowy cykl fantasy Roberta Jordana 'Koło Czasu' który urzekł mnie swoim rozmachem, a przede wszystkim fajnym pomysłem funkcjonowania magii obok zaawansowanej techniki. Sama nazwa Nae'Blis oznaczała tytuł i pozycję dla tego który będzie rządził światem jeden stopień niżej niż sam Zły. Trzy z czterech utworów tworzą swoistą trylogię 'The Death of Mankind' is są przerywane budującymi apatycznie-nienawistny klimat intrami w których słychać wypowiedzi jak choćby 'Human race deserves to be wipe out'. Magnus Wolfheart który stoi za całokształtem tego projektu nie stroni również od wykorzystania klawiszy, które tak jak za nimi nie przepadam, tak tutaj doskonale nadają patosu i rozbudowują nostalgię za tytułowym rozwiązaniem. Black Metal prezentowany przez Szweda można określić mianem Atmospheric, jednak jest to dalekie od ckliwych przytupasów i plumkania. Dostatecznym dowodem na to jest brud gitar, rozmyte ale jednak chropowate brzmienie na które nakładają się wycia pana Wolfhearta. Przyznaję też, że pomimo iż jestem już po kilku przesłuchaniach to nadal mnie nie nudzi i zapewne nie znudzi, po prostu klasa i dobrze wykonana robota w świetle mizantropii skierowanej na ludzką egzystencję.
Drugim z projektów jest wspominany już Dominion o którym niewiele wiadomo. We wkładce nie ma absolutnie żadnego namiaru, składu czy informacji odnośnie ów tworu. Przejdźmy więc do tego co znamy czyli muzyki, która jest tutaj zgoła innym obliczem Black Metalu. Otóż, Dominion jest bardziej nakierowany na odłam Depressive i jedynie z tytułów utworów można wnioskować, że liryki oparte są na samotności, nieszczęściu i rozważaniach śmierci lub okaleczaniu świątyni cielesnej. Pierwszą rzucającą się różnicą prócz mniejszej podniosłości struktur utworów jest brzmienie, które mimo że słychać w nim spore rozmycie i przesterowanie gitar jest jakby bardziej dopracowane, nadal szorstkie i momentami przerażające desperacją, to jednak lepiej wyselekcjonowane. Dominion również jak i Nae'Blis prezentuje cztery utwory, które są równie momentami wręcz sadystycznie dobijające smutkiem, rozpaczą i brakiem nadziei, ale są też momenty gdzie słychać i pełną nienawiść względem sytuacji która zmusiła autora tych dźwięków do właśnie tej izolacji. Prócz klawiszy pojawiają się też gitary akustyczne, perkusja ma małą wadę ponieważ centralka za bardzo nakłada się na werbel i przy szybszych partiach werbel niknie zagłuszany jakby beatem centrali. Na koniec zostały nam wokale, które co tu wiele mówić, są desperackie, jakby nieobecne, bo już martwe...
Split ten na którym mamy dwa Szwedzkie projekty to naprawdę dobra rzecz pod względem muzycznym, a czasem każdy z nas poza typowym Diabłem czy wyrywaniem flaków lubi zadumę, prawda? Nikt nie mówił, że musi być oryginalne lub nie wiadomo jak wzorcowo odkrywcze by być godnym polecenia materiałem spod znaku Atmospheric Black Metalu.

Nocturnal Torment - They Come At Night




















Deathgasm Records, album 2012

Debiutancki album Amerykanów z Nucturnal Torment to całkiem konkretny kawał Death Metalu zaprezentowanego w świetnej koncepcji old school’owego grania. Poniżej porozmawiamy o szczegółach, ale już tutaj we wstępie mogę zapewnić, że album jest wart wydanej kasy a wspólnym mianownikiem muzycznym niech będzie Floryda i tacy giganci jak Malevolent Creation. Jednak byłoby to za duże uproszczenie i należy tutaj dodać, że są też i naleciałości tego co na swoich debiutach wyprawiały takie tuzy jak Sinister czy Pestilence. Jesteście gotowi na taką mieszankę? To zapraszam.
Czwórka maniaków która zdobyła się w sobie by nagrać ten piekielny wymiot powinna być noszona na piedestale, a Deathgasm Records ponownie trafił na zajebista perełkę muzycznego undergroundu. Pierwsze co daje się we znaki po przejrzeniu udanej okładki i skromnej ale rzeczowej wkładki do płytki, to intensywne brzmienie. Pomimo zabiegu, który daje możliwość porównania go ze Szwedzkim, to przestrzeń i rozmach jakiego tu użyto ze spokojem pozwala pominąć wrzucenie Nocturnal Torment do ów szufladki. Tak jak już mówiłem we wstępie sporo tutaj odniesień do Malevolent Creation które są najbardziej słyszalne w riffach tremolo, które dominują jednak nie stanowią całości. Dodatkowo wysunięcie basu który podbija pracę perkusji stwarza efekt większej dynamiki i ciężaru niż ma to miejsce w typowym Szwedzkim brzmieniu. Amerykanie rzucili się także na sporą dawkę solówek, które nie tyle co są chaotyczne, ale zajebiście trącające o starą szkołę, brudne i takie momentami jakby ‘nie dopasowane’ do tempa muzyki. Do tego dochodzą dwie barwy growli Toma i Marka które są dość zbliżone, jednak słychać dosadnie dwa różne gardła. Urozmaica to materiał, który dzięki swej chwytliwości i wspomnianym powyżej atutom / zabiegom jest nie lada zgnitym smakołykiem.
‘They Come At Night’ jest albumem który rozwija się szybko, daje spore pole do popisu dynamice, jednak nie jest tylko procesją składająca się z niezliczonych blastów. Nocturnal Torment korzystają ze zmian tempa i można tu znaleźć dosłownie wszystko czego każdy fan Death Metalu pragnie, a nadto ów strawa zostaje podana na schludnym talerzu w postaci krwistego steka i zdecydowanie nie ma się tutaj nad czym zastanawiać i pożerać ów bezeceństwo!