wtorek, 16 sierpnia 2011

Digested Flesh ‘Macerate The Soul’


Fuckhouse Prod,
Ep, 2010
Pamiętam, że gdy usłyszałem debiut ‘The Answer to Infection’ a nastepnie zobaczyłem ich na żywo w Czechach na Obscene Extreme Fest miałem nadzieję, że ta ekipa zawojuje wiele na brutalnym poletku. Niestety, nie wiem gdzie szukać przyczyny, jednak faktem jest, że nazwa ta pozostaje znana tylko w wąskim kręgu a od wydania wspomnianego albumu mija już 7 lat a tutaj raptem jeden split i ów EP’ka która opisuję. Ubogo, prawda? Może chłopaki leniwe, może palenie trawy ich doskonale wytrąca z mechnizmu pisania songów? Nie wiem, jednak bardzo mało się dzieje pod szyldem Digested Flesh. A co tutaj mamy...? 7 kawałków z czego 2 są wersja koncertową z występu w Tokio, 1 jest wersją demo, a z pozostałych czterech tylko połowa to nowe songi... Tak więc, nie bardzo nam się tu panowie wysili. Dodatkowo dodam, że szczerze to nie widzę najmniejszego celu w takich wydawnictwach które raptem potwierdzają, że zespół tkwi dalej w miejscu i zmierza od ponad 7 lat do nikąd. Jednak jest to kolejny dowód na to, że w dzisiejszych czasach można nagrać i wydać dosłownie wszystko. Jest to niezła głupota ze strony zarówno i wydawcy i zespołu, bo nikt na tym nie zyskuje. Cóż Digested Flesh przypomnieli, że są, że nadal graja brutalny i dobrze zorganizowany Death Metal, tylko co z tego skoro 80% zawartości tej ponad 20-sto minutowej Epki już słyszałem? Kasa w błoto i chuj. Ocena zawyżona tylko ze względu na wtrącenie dwóch nowych dotąd niepublikowanych kawałków.
2/6
 

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Blustery Caveat ‘Payback In Brutality’


Revenge Productions,
full-lenght, 2008
Brutalny Death Metal ponownie, a jak! Jest to ten gatunek który obok w sumie każdej odmiany Death Metalu (no może DeathCore sobie odpuszczę hehe) zawsze będzie często i gęsto gościł w moim odtwarzaczu. Praktycznie nie ma znaczenia na jakim poziomie jest odegrany, bo sami przyznacie mi rację, że zawsze znajdzie się choć ułamek utworu gdzie będzie mozna potupać nogą lub przyłapiecie się na bujaniu głową, że nie wspomnę o rasowym napierdalaniu hehe. Tak jest właśnie w przypadku greckiego Blustery Caveat, który niczym ale to niczym nie powala, ot taki sobie kolejny jakich tysiące album gdzie 90% to plasujaca monotonnie perkusja a riffy w głównej mierze oparte na tremolo, tudzież tłumionych biciach strun trochę zalatujących już techniką. Nickos odwalił niezłą robotę na wokalach które zalatują świniakiem jednak można w nich usłyszeć faktyczne słowa, a nie tylko nieartykułowane sranie które niestety w przypadku nieudolnych wokalistów może być tylko tak nazwane. Co dalej... brak solówek który to miał prawdopodobnie zbudować wieksze poczucie dynamiki albumu, jednak wyszło troszkę nudnawo i fragmenty muzyki gdzie nie słychać Nickos’a dłużej niż kilkanaście sekund powodują ziewanie albo w najlepszym przypadku zaburzenia koncentacji w skupieniu nad muzyką, a w następswie czego człowiek zaczyna znów na FB szukać fajnych cycków. Dodać moge tylko, że tak lubię cycki hahaha.
W sumie zabierając się za podsumowanie tego krążka, 28 minut serwowane przez ekipę z Grecji nie tak do końca uważam za czas stracony. Oczywiście odnosząc to do innych produkcji ze spokojem mogłem sobie zapodać debiut Marduk i wtedy byłby rozochocony i szczęśliwy, jednak nie na tym rzecz polega. Grecy nagrali w swoim mniemaniu kawał brutalnej muzy, która w zderzeniu z moimi gustami jest niczym specjalnym ale ze spokojem może się kwalifikować do szufladki Brutal. Zdecydowanie za proste aranżacje i co najbardziej boli, że materiał pozbawiony jakiegos konkretnego kopa mimo naprawdę dobrego brzmienia. Jak w przypadku wielu recenzji zakończę i tę w podobny sposób: potencjał jest, wymagana jedynie spora praca ze strony chłopaków i pozostaje nam czekac na kolejne uderzenie. Szkoda jedynie, że Nickos odszedł w tym roku z zespołu...
3/6
 
 
 

Grind Inc. ‘Lynch and Dissect’


Catacomb
full-lenght, 2010
Niemiecki Death Metal w brutalnej formie to może i nie za częsty widok ale jednak się zdarza. Wyjdzie na jaw tutaj może i moja mała znajomość sceny a tym bardziej tego zespołu jako, że to juz czwarty album germanów a ja słysze ich pierwszy raz. Cóż, takie to prawo podziemia, że nie każdy może być wychwycony na starcie nawet przy najlepszej muzie, tak więc lepiej późno niż wcale. Łupanka w wykonaniu Grind Inc. powiem szczerze jest taka sobie, bo dużo tutaj takiego trendy grania połączonego z elementami core (mowa tylko o aranżacjach ponieważ wokalnie to album czysto Death Metalowy). Zapewne dzięki ów nowoczesności, zespół liczy na szerszy odzew ze strony fanów, jednak nie jestem do końca pewien czy tędy droga. Trudno jest mi też oceniać czy nawet wypowiadać się w kwestii samego naturalnego rozwoju i na ile jest to dążenie za modą a na ile rozwój uwarunkowany poprzednimi płytami zespołu. Jednak pozostając obiektywnym tylko i wyłącznie na ‘Lynch and Dissect’ to przyznać muszę, że sporo tutaj tzw. cwaniactwa hehe. Bo jak inaczej nazwać fakt, naprawdę solidnych technicznych zagrywek nawet w riffach przewodnich poszczególnych kawałków których to efekt zostaje natychmiast zniwelowany tanimi skocznymi zagrywkami z wypuszczeniem np centralek na przodu i grania uporczywie rytmiki która swoja drogą w przypadku Grind Inc. jest strasznie oklepana i zamiast poruszać głowę do choćby bujania to wywołuje nerwa. Sytuacje ratują niewątpliwie aranżacje traktowane jako całość, bo takie to już szczęście niemców, że zawsze po gównianym patencie przychodzi naprawdę konkretny ciężar, tudzież pogoń na progach gitar. Kolejnym niezaprzeczalnym atutem jest gra perkusji która jakby nie patrzeć trzyma w ryzach cały album i nawet przy największych zwolnieniach facet zajebiście operuje formą gry, stawiając na klasykę niż na jazzowe warianty. Oczywiście cały zestaw jak zwykle (to już chyba jakaś mania na masowe wykorzystywanie) pod triggerami, co czasami w szczególności wolniejszych momentach gdzie słychać wyraźnie przejścia na tomach irytuje niemiłosiernie brzmiąc nieautentycznie do bólu. Ale takie czasy, że bez tych pudełeczek juz bardzo rzadko kto gra w tej branży, stawiając bardziej na profesjonalizm a tym samym tracąc szczerość która w Brutal Death chyba nigdy nie była aż na tyle wymagana co dla przykładu w piekielnych czeluściach Black Metalu. Koniec końców, album przyzwoity, który pozwala sądzić że kolejne uderzenie będzie jeszcze lepsze niż obecne, o ile panowie nie wrzucą na siebie sportowych strojów i nie zaczną wymiatać core na maksa hehe. Te kilka procent naleciałości w przypadku ‘Lynch and Dissect’ zostaje im wybaczone.
4/6
 
 
 
 

Brain Drill ‘Quantium Catastrophe’


Metal Blade Records,
full-lenght, 2010
Zespół Brain Drill należy do grona przedstawicieli nowoczesnego Technicznego Brutal Death Metalu, gatunku który albo się kocha albo nienawidzi. Wystarczy wspomnieć onanizatorów z Necrophagist i wszystko jest jasne z czym mamy do czynenia. Oczywiście możena zacząć od zarzutów, że album jest już nie tylko czysty pod względem produkcji ale wręcz sterylny więc miłosnicy starego grania mogą sobie to odpuścić i porzucić nadzieję na jakikolwiek brud. Jednak należy na zagadnienie spojrzeć raczej pod kątem nie historii i tego czym miał być z założenia Death Metal, a raczej skupić się nad reprezentatywnością drugiego albumu amerykanów. Wiem, że łatwo mozna znaleźć wiele recenzji tego czy poprzedniego materiału w sieci, ale album może nie tyle co produkcyjnie powalił mnie (bo produkcja nawet jak na tak sterylną pozostawia wiele do życzenia), ale jego zawartość aranżacyjna jest stricte zniewalająca i tylko głusi nie dosłyszą kunsztu, ilości pomysłów, wykonania oraz warsztatu technicznego. Co do wspomnianej produkcji, jak wiecie nie jestem zwolennikiem triggerów, a tutaj zestaw perkusyjny jest podkręcony do maksimum i zdefiniowany właśnie starsznie komputerowo. Prawdą jest niestety też fakt, by na żywo grać z triggerami nie można się mylić bo pudełeczko nie nadrobi za ciebie pomyłki, podczas gdy gra bez użycia tego zabiega pozwala na korekty ewentualnych błędów. Więc na to zagadnienie mozna patrzeć dwojako, niestety za czym by się tu kto nie opowiedział to i tak nie zmieni to faktu, że takie sterylne furkotanie centralek i puste bezduszne bicie werbla oraz tomów jest dość drętwe. Co do wokali, to chciałbym tu zwrócić uwage na bardzo swobodna manierę przechodzenia na jednym wydechu z growli na krzyki co może nie jest niczym specjalnie trudnym wyczynowo, jednak Steve daje radę budując jeszcze większą aurę szaleństwa. Same aranżacje to kompletny kosmos, nie ma chwili wytchnienia, panuje kompletny nieład, chaos ale wszystko jest pod tzw. artystyczna wizją kontroli. Lubią mieszać i to robią na szczęście w bardzo interesujący sposób. I co jeszcze ciekawe, nie traktowałbym ich lub zjawiska Brain Drill jako ciekawostki, polecam naprawdę obadać ten zespół, a gwarantuję, że jeśli dopiero uczycie się rzemiosła muzykantów to rzucicie to w cholerę, hehe. Sumując, amerykanie zaserwowali poważną rzecz która skryta pod ów nazwą psuje jak ulał do samej zawartości. Tortury nawiercania mózgu....
5/6
 
 
 

sobota, 30 lipca 2011

Kafziel ‘Live After Chaos’


Heavy Penetration Prod,
Live, 2009
Nie wiem jaki macie stosunek do wszelakiej maści koncertówek czy nawet bonusowych utworów często zwanych zpychaczami albumów, bo to kwestia gustu każdego z osobna. Wiadomo, że muzyka metalowa i brak aktywności koncertowej to kompletne nieporozumienie (niech wyjątkiem będzie ortodoksyjny BM) jednak zawsze sceptycznie podchodzę do zarejestrowanych materiałów, które ponownie muszę użyć słowa często są gównianej realizacji, bzycząco pierdzące i niestety zazwyczaj tyczy się to właśnie materiałów undergroundowych wydawanych na kasetach czy też cd-r. Na szczęście szwedzki Kafziel i pięć kompozycji zagranych na żywo zapewne w dość kameralnych warunkach, bo nie szczególnie słychać tu wiwaty czy nawet pijackie darcia mordy, brzmieniowo daje radę, pokazuje że ekipa potrafi dać do pieca na zywca tylko pojawia się teraz pytanie: po co zespół mający na swoim koncie prócz tego wydawnictwa tylko jednego trzy utworowego demosa wydaje koncertówkę? Dodatkowo pośród tych pięciu kawałków znajduje się 2/3 wyżej wspomnianego dema i cover Sodom ‘Agent Orange’. No ale cóż, nie mi tutaj sądzić zamiary i cele powyższego wydawnictwa, a jedynie opisać je pod względem zawartości muzycznej. A więc, kaseciak przywocie wydany, bez szału ale w swej minimalistycznej oprawie robiący wystarczające wrażenie. Muzyka to Black Metal który stanowi mieszankę szwedzkiej szkoły gdzie pojawiają się riffy prowadzące tremolo, wraz z Finlandią i ich brudem (nie mam na myśli brzmienia a konkretne elementy aranżacji riffów) kompozycji, które to walą konkretnie po gębie. Utwory zostały bardzo dobrze zarejestrowane, słyszalność poszczególnych instrumentów wręcz wzorowa, a Kfzl na wokalach po prostu wyklina wszystko co święte. Wspomniany powyżej cover niemców zagrany na modłę brudnego Black Metalu nie mógł zabrzmieć lepiej i nawet jeśli obecnych było powiedzmy 10-15 maniaków to musiało to być piekło.
Im dłużej tego słucham tym bardziej się przekonuję do tego kaseciaka... a więc kolejny dla was mus by mieć to na półce pośród setek innych kaset.
5/6
 
 
 
 

Damnation ‘Resist’


Cudgel
full-lenght, 2000
Tak wiem, zespół juz nie istnieje od dłuższego czasu i jaki jest sens recenzowania albumu który i tak każdy szanujący się heretyk zna, a po drugie przecież i tak w żaden sposób nie pomoże to zespołowi. Po części nie trudno się z tym nie zgodzić, jednak jako, że ostatnimi czasy coraz częściej przypominam sobie zapomniane już albumy na których grubo zalega kurz, to postanowiłem z tej racji napisać kilka słów o ostatnim albumie tej polskiej hordy. Bart, Baal, Les -> po dzień dzisiejszy te ksywy są nieodzowną ikoną polskiego podziemia ludzi którzy po dzień dzisiejszy przy pomocy nieświętych dźwięków metalu walczą ze smrodem choroby zwanej chrześcijaństwem i ich fałszywego boga. Dla tych którzy jeszcze nie wiedzą czym sonicznie parał się doskonały Damnation nakreślę temat zaczynając od jakże uroczych słów – pierdolony old school Death Metal! Nie ma ku temu żadnych wątpliwości, że jest to jeden z najbardziej oddanych i ideowo i stylistycznie zespołów na naszym ‘pięknym’ padole. Brzmienie totalnie cuchnące trupem katolików, dosłownie ma sie wrażenie jakby cały sound dobiegał z dna, głębin jakiejś piekielnej studni, gdzie tortury i perwersyjne zabawy są wieczne. Riffy które w przypadku Damnation w wiekszości dyktują warunki struktur dawnych utworów, są nastawione na szybkie tremola z częścią zwolnień zalatujących nawet klasykami rodem debiutu Death. Należy tez nie zapomnieć o bardzo dobrych solówkach które jeszcze bardziej podkreślaja old school w wykonaniu czwórki z Sopotu. Baal który był odpowiedni na miejsce wokalisty odwalił totalną robotę dorzucając tylko więcej jadu na otwartą ranę która jest już i tak w wysokim stopniu zainfekowana anty-klerykalnym wirusem. A więc cytując słowa jednego z utworów kończę ów recenzję i pamiętajcie by szukać pierwszego wydania a nie słabej re-edycji Metal Mind Prod.! “Fight! Agaist christianity!, Fight! Against their ‘morality’, Fight! Against sick society, Fight! Against obscurity!” Amen!
6/6
 

Slowly Suffering ‘Condamned To Suffering’


Sound Of Charge, CD-r
demo, 2007
Drugie demo włoskiego Slowly Suffering którego to kopię niestety mam na cd-r a nie na cholernej kasecie to totalne old school Death Metal który nie ustępuje w hołdowaniu najlepszym tradycjom wydeptanych to już ścieżek Death Metalu przez takie tuzy jak Incantation, Autopsy czy Asphyx. Wydane początkowo w 2007 roku demo przeszło bez odgłosu przez podziemie, a przyczyna była jak zawsze trywialna czyli słaby kanał dystrybucyjny samych muzyków i zapewne brak chęci ku promocji. Na szczęście francuska Sound Of Charge wraz z również francuskimi Maltkross oraz Death Metal Mania Productions wydały ponownie ów demo w wersji kasety oraz cd-r dzięki czemu łącznie szybko około 300 kopii poszło w świat. Zacznijmy od wizerunku, który wnioskując jeszcze przed usłyszeniem muzyki miał być old schoolowy. Co z tego wyszło? Cóż, logo napisane jaką niewyszukaną pseudo krwawiącą czcionką której też użyto do tytułu demosa budzi lekki pożałowanie i brak jakiejkolwiek inicjatywy zespołu tudzież pomysłu. Jednak jako, że to pierwsza faza demówkowa zespołu to jak najbardziej jest to im wybaczone, bo okładka mimo minimalizmu już się podoba, nam zgniły i zagorzałym Death Metalowym heretykom, gdzie to na tle wież kościelnych i kilku drzew (więc pewnie i pobliskiego cmentarza) żywe trupy dziarsko maszerują na polowanie. Skupmy sie teraz na muzyce, która mimo że tkwi sztywno w określonych ramach i dodatkowo są to tylko 3 utwory (2 pozostałe to intro i outro), to oferuje rzetelną porcję starego stęchłego Death Metalu. Nie bez przyczyny przywołałem tutaj na wstępie Incantaion ponieważ chłopy brzmią dokładnie jak z debiutu amerykanów z tym że dorzuciłbym tu trochę wpływów europejskich właśnie Asphyx z okresu ich demosów jak choćby klasyka ‘Crush The Cenotaph’. Brzmieniowo jest nisko, trochę studziennie i złowieszczo. Po prostu Evil Death Metal, a za tym nic dodać nic ująć. Szkoda, że jedynie tak krótko, bo poza tym paluchy lizać!
5/6