środa, 5 października 2011

Gorepot ‘Happy Hour’


full-lenght, self-released
2009
Czasem jest i tak, że nawet na Ebay czy Allegro można się zaopatrzyć w fajne rzeczy po kosztach za przysłowiowe grosze. Otóż, debiut z Tajwanu w przeliczeniu na ‘nasze’ wyniósł mnie jakieś 4,25zł a ubaw przedni. Po okładce można już wnioskować, że będziemy tu mieli niezłą rzeź, w szczególności że taki zespół z tak daleka nawet w roli ciekawostki jest wart prezentacji. Gore/Porn Grind, a jak pełnym ryjem jeszcze nagrany w pojedynkę zanim na drugim albumie dołączyła do chłopa dwójka równie osobliwych dewiantów co on sam po prostu napierdala non stop w nieludzkim tempie automatu. Sama ksywka ów młodzieńca ujeła me serce, bo przecież artyzm bijący od uwaga: Brutal Gut Pot Loving Pig Sqealer nie może przejść bez echa w moim prywatnym świecie deprawacji i uwielbienia filmów porno. Gorepot zaserwował nam 21 kompozycji a całość to jakieś 41 minut istnej masakry przeplatanej z intrami z pornoli, horrorów czy dziwnych wibracji dźwiękowych imitujących płacz dzieci czy takie tam. Tytuły także świadczą o sporym dystansie i dozie humoru, bo jak dla przykładu można takie utwory traktować poważnie ‘Your cock is stuck inside a bong’ albo ‘Rollin a joint with your foreskin’ lub mój ulubiony ‘I found shit in your ass’. Muzycznie jest naprawdę nieźle, bo w rytm zabijającego wnętrzności automatu perkusyjnego, prócz typowej GrindGore chatycznej sieki mamy też sporo slamu i elementów Brutal Death przy których to świńskie wokale oraz szlagierowe ‘bree bree’ królują pokazując, że pomysł uber alles. Wiem, że ludzie którzy na co dzień nie słuchają takiej muzyki mogą jej zarzucać wtórność i przerost treści nad formą, jednak dla mnie to się nie liczy, bo zdaję sobie sprawę że to są zespoły / projekty które na długo nie pozostają w pamięci a cieszą chwilą przy obcowaniu z ów choróbskiem, często wenerycznym hehe. Kto lubi się odprężyć przy totalnej masakrze która jest podana z przymrużeniem oka, tudzież wypalic sobie skręta i pomarzyć sobie o flakach niewinnych dziewuch to Gorepot jest dla was. Cytując kolejny tytuł utworu, lepiej szukajcie ich wydawnictw bo jak  nie to ‘I will kill you with my cock’. Amen.
5/6

Convent ‘Abandon Your Lord’


full-lenght, Old Temple Rec
2009
Polska i napierdalający do przodu Death Metal nie jest niczym nowym, jedynie co mozna tu dodać, że w większości przypadków poziom naszych zespołów wydających płyty jest bardzo wysoki. Otóż weterani z Convent doczekali się swojego debiutanckiego krążka po bagatela 20-tu latach istnienia. Wiadomo, że taka statystyka pokazuje, że komercyjnie to raczej panowie nastawieni nie są, a dzięki swojemu cholernemu uporowi i pasji ciągną ten wózek dalej. 20 lat, ja pierdolę! Szacunek panowie, szacunek!!!! A więc muzyka z jaką mam tutaj zaszczyt obcować to technika, technika, blasty, załamania temp, pingi, tłumione riffy, zagrywki bridge z wypuszczaniem pojedyńczych instrumentów na przejściach na ułamki sekund... Po prostu pierdolona soniczna poezja! Ciężko mi tutaj werbalnie opisać wszystko co słyszę, ponieważ album jest niesamowicie przepakowany ilością riffów, złożonością struktur oraz ogólnym napieprzaniem połączonym z finezją momentami zahaczającą nawet o dziwne jazzowe zajawki vide solos z ‘King is Naked’. Oczywiście jest także obecny nieodzowny element do którego przez lata istnienia Convent zdążył nas przyzwyczaić, czyli ów dziwne brzmienie, trochę motoryczne z osobliwie brzmiącymi wiosłami. Powiem na koniec tak – zapomniany zespół przebywający latami w podziemiu i pewnie tak już zostanie, bo pomimo jakości materiału niestety jest to za trudna w odbiorze muzyka dla przeciętnego metalowczyka pałującego się przy popłuczynach Vader. Osobiście dawno już porzuciłem ‘Pana’ i jestem otwarty na nakurwianie machiny Convent. Oby więcej tak śmiercionośnych dzieł na naszym poletku!!! Amen.
6/6

Drawn And Quartered ‘Merciless Hammer of Lucifer’


full-lenght, Moribund Rec
2007
Dla takich (i nie tylko hehe) albumów warto żyć w tym cholernym padole ziemskim. To już piąty i jak do tej pory ostatni album amerykanów, którzy kultywując stan nieświętości Immolation zatrzymali się w okolicy 2000 roku kiedy to powstał ‘Close To A World Beyond’. Nie mam zamiaru tutaj w żaden krytykować obranej ścieżki Drawn And Quartered w szczególności, że to co robią jest naprawdę na fantastycznym poziomie i mimo zbieżności punktu wyjścia to nie można o nich mówić w kategorii ślepego naśladowcy. Zacznijmy jednak kolejno, rozkładając struktury instrumentów na pomniejsze elementy. Perkusja i bas -> tutaj jest jaby najmniej składowych które możnaby odnieść do Immolation i obiecuję już skończyć z tym porównaniem. Co do aranżacji sekcji rytmicznej nie jest ona za bardzo skomplikowana, daleka jednak od minimalizmu. Zmiany temp przychodzą w systematyce, brakuje impulsywności a co za tym idzie w parze także żywiołu; pewne jest natomiast że amerykanie ze swoim niskim old schoolowym trochę brzęczącym brzmieniem idealnie wpasowali właśnie taką metodę struktur. Riffy gitarowe to już swoisty taniec śmierci gdzie każdy dźwięk wybrzmiewa ku chwale Rogatego, a Piekło raduje się salwami wypieprzanej siarki z czeluści swoich studzien. Dodam, że tak kąśliwych i jadowitych pod tym względem 9-ciu utworów nie słyszałem właśnie od czasu ‘Close To A World Beyond’, tak więc dalsza rekomendacja zbędna. Wokale Herb’a Burke są także kwintesencją ku odczuwaniu majestatu Zła, ponieważ oprócz generowania wręcz namacalnej surowej energii przemyca on również dużą dozę nienawiści oraz czci która jawi się nam tutaj z niespotykanym majestatem.
‘Merciless Hammer of Lucifer’ jest naprawdę bezlitosnym arcydziełem (zresztą nie przypominam sobie choćby przeciętnego albumu tej hordy) oraz totalnym musem do posiadania w swojej kolekcji na półce. To co Drawn And Quartered zaproponował nie jest niczym odkrywczym, ale zrobionym w tak przekonujący sposób, że nie wątpię o prawdziwym przesłaniu piątego opusu ów ekipy. Pozerom by to nie wyszło, a tak mamy wspaniały hymn ku Ciemności! Hail the Darkness!
6/6

piątek, 23 września 2011

Stillborn 'Los Asesinos del Sur'


full-lenght, Ataman Prod
2011
Tym razem ekipa Killera wzięła sprawy w swoje łapska i sami pod własnym szyldem wydali kolejny już czwarty album. Jedno było, jest i będzie pewne co do Stillborn, a mianowicie Piekło! No to zaczynamy pieprzoną demoniczną orgię dźwięków gdzie zniszczenie dominuje, a sączący się smród siarki przyprawia o torsje i mdłości. Tym razem także polska horda zadbała o to by oprócz nieświętego przekazu słuchacz mógł definitywnie i bez najmniejszych złudzeń odczuć cholerną nienawiść, a kompozycje same w sobie to nakreślony idealnie miraż brudu i podłości Black Metalowych struktur wraz z wwiercającą się w umysł dynamiką Death Metalu, która niczym ludobójstwo skutecznie eliminuje wartości idealizowane przez szare masy.
Stillborn ukazuje się też w obliczu bardzo dobrego brzmienia które już notabene internetowi wojownicy na forach krytykują bęcząc, że mp3 czy myspace brzmi nie tak. Osobiście najnowsze bluźnierstwo przypadło mi do gustu tak bardzo, że nie mam zastrzeżeń co do brzmienia, kompozycji czy czegokolwiek i pogrywa co rusz z przerwami serwując wspaniałą pożywkę dla duszy niczym czarę rytualnej krwi. Album zaskakuje też świeżością pomimo czerpania z tzw. old school’a, a to za sprawą uwypuklania w poszczególnych momentach danych instrumentów, jakby nakładania nacisku na zwrócenie uwagi na dany riff, przejście na tomach czy czarnych wymiocin Killera. Dodatkowo ekipa udowodniła ponownie, że bez zbędnych i cholera wie jak bardzo wyszukanych wyścigów technicznych w aranżacjach można skopać dupę i mordę w nieświęty sposób. Dodam, że sposób oferowania danych utworów jest również na tyle przemyślany, że nawet w miejscach gdzie Stillborn zwalnia dając chwilę wytchnienia (tu właśnie ukazując swoją najbardziej old schoolową twarz – riffy wprost z czeluści pierdolonego Piekła!), to kolejny utwór / element bedzie ciosem po którym nie macie prawa powstać.
Sumując ten nie-wielbiący katolickich wartości twór ‘Los Asesinos Del Sur’ mogę rzec jedynie tylko tyle, że potwierdza się fakt ligi światowej jeśli mowa o naszym podwórku. Stillborn wraz z takimi ekipami jak Azarath, Deception, Anima Damnata czy Sturmgewehr666 to czołówka bynajmniej nie tylko naszego kato-dołka.
6/6

Blasphemophagher 'Nuclear Empire of Apocalypse'


full-lenght, Nuclear War Now! Prod
2008
Włosi swoim debiutem jak wszyscy pamiętam zniszczyli w cholerę. Bluźnierstwo i nuklearna moc tego plugastwa nie pozostawia żadnych najmniejszych wątpliwości odnośnie wartości jakim hołduje ten nieświęty twór. 35 minut podstawowego materiału jakie zaserwowało trio z kraju słynącego bardziej z pizzy niż liczących się wulgarnych pomiotów kpiących z otaczającej nas rzeczywistości i nawołującej do totalnej zagłady i oddania hołdu Rogatemu który przygotowuje już legiony oczekujące na start atomowej orgii. Zacznijmy od analizy struktur utworów które pomimo swej ‘toporności’ old schoolowej prą naprzód niczym dobrze zaplanowana ofensywa, niczym wirus rozprzestrzeniający sie w ciele ofiary z prędkością sekund zabijający organizm poprzez zakrzepnięcie całkowite krwi w płucach czy mózgu. Mimo prostych riffów, niewybrednej sekcji rytmicznej i ogólnie to ujmując utworów które moga się kojarzyć z dokonanimi tytanów poprzedniej dekady, tyle że podkręconych na nuklearne tempo. Wyrzygane spazmy przez wokalistę robia naprawdę wrażenie, a jego głos bedący połączeniem alkoholowego zniszczenia oraz uniesionej pięści wymierzonej w ryja nazareńczyka jest niezaprzeczalnym atutem ‘Nuclear Empire of Apocalypse’. Album aż miota sie w konwulsjach minionej epoki, gdzie czystość brzmienia była kpiną, a moc tkwiąca w brudzie kwintesencją i wyznacznikiem piekielności danej hordy. Mam tylko nadzieję, że włosi będą kontynuować krucjatę i jak tylko wpadnie mi w łapska ich kolejne wydawnictwo to opiszę, ale na to muszę być pieniążki hehe.
6/6

Denouncement Pyre 'World Cremation'


full-lenght, Hells Headbangers Rec
2010
Z czeluści piekielnego Melbourne nadszedło wreszcie po 7miu latach oczekiwań (czt. demosów, Epek i splitów) debiutanckie ścierwo pomiotu Denouncement Pyre. Ten wojenny wymiot będący mirażem Black i Death Metalu kultywujący śmierć w oczywisty old schoolowy sposób niesie ów zarazę niczym nuklearną sukę z którą sam Szatan ‘zatańczy’ w ostatniej orgii kremacji świata. Zaczyna się to wibrująco złą energia płynącą z intra, które przy akompaniamencie równie złowieszczych bębnów zwiastują początek końca. Mija może raptem 45 sekund i pierwszy cios zostaje wymierzony, siarczysty, smolisty pierdolony Black z elementami Death Metalu jaki znamy z dokonań Cianide czy Nunslaughter. Australijczycy czasem korzystają z klawiszy, odgłosów dzwonów... takie piekielne smaczki. Oprócz szybkich temp w których niczym ujadanie sfory jawią się zniewalające smrodem solówki wprost zza grobu, mamy też sporo średnich temp, zwolnień które wrzucają nas w klimaty zwiększonej dozy Thrash Metalu która spowita oparami mroku i bestialstwa pobudza tylko do jeszcze bardziej zdecydowanych bluźnierstw, aktów hedonizmu, wojny czy purystycznej nienawiści. ‘World Cremation’ jest zdecydowanie nastawiony na prawdziwych maniaków którzy smród Piekła i tortur wdychają każdej nocy i dnia gdy tylko obcują z muzyką, tak więc umierać i wdychać ten odór.
5/6

Amagortis 'Intrinsic Indecency'


Amagortis ‘Intrinsic Indecency’
full-lenght, Brutal Bands
2010
Ostatni bękart szwajcarów jest jakoby rozwinięciem stylistyki do której zdążyli nas juz przyzwyczaić jednak jest tu kilka łatwych do wychwycenia różnic o których sobie pomówimy, a czy na plus to się okaże. Tak więc kolejne trzy lata minęły a chłopaki już bez uroczej basistki która to zmuszona bedąc kontynuować swoja karierę zawodową wyjeżdża na dwa lata do Kanady, a na jej miejsce przychodzi jakże to mniej uroczy Schwab a teraz Bobo. Ta akurat nowinka nie należy do tych najbardziej szokujących, że na scenie mamy kolejnego pindolka zamiast pary bujających się cycuszków. Przede wszystkim uległy zmianie struktury kawałków w których to więcej blastów jednak dziwnie to zabrzmi, ale blastów rytmicznych brzmiących jak generowane z jakiegoś automatu. Gitary straciły troche na mocy rozwijając się moim zdaniem niepotrzebnie w bardziej udziwnione riffy, mniej mięsiste jakoś mniej do mnie przemawiające. Oczywiście nadal od cholery tu Slamu który dominuje w aranżacjach jednak czar ciężaru poszedł w zapomnienie, a chłopy tłuką swoje. Pascal z Danielem nadal zajebiście operują świniakami, growlami choć zdecydowanie więcej tym razem pojawia nam się kibli, a i troche krzyków czyli sumując gitary trochę w tył z dziwnymi pomysłami a gardzioły na przody i jest niezłe rzyganko. Teksty ponownie są pomysłowe i jak tylko ktoś ma podobne poczucie humoru to będzie miał przedni ubaw wyczytując te bzdury w trakcie słuchania mazy. Album jest mocny, dobrze wyprodukowany, moc gitar zastąpiły wokale a całość porusza do pójścia w tany... Na koniec zacytuję jedno z interek jak epilog tej epickiej muzyczki ‘Cum Fart Coctails!’ Miłej zabawy.
5/6